Na pewno część z Was zauważyła (a może sami powielacie ten schemat?), że w dzisiejszym świecie bardzo popularne stało się zjawisko permanentnego braku czasu (czytaj Prosta technika stawiania granic i realizowania planów własnych, zamiast cudzych). Brak ten co ciekawe, nie wynika jednak z tego, że czas się skurczył lub biegnie szybciej, niż 10-20 lat temu. Jasne, z pewnością postęp technologiczny i przesyt informacji wpłynął na to, że nierzadko brakuje nam czasu, żeby to wszystko, co mamy i z czym się stykamy, ogarnąć. Jednak czy faktycznie jest tak, że to właśnie te czynniki winne są naszemu deficytowi czasu?
To takie modne mówić dzisiaj „jestem strasznie zabiegany”, „mam mnóstwo zajęć, ledwie się wyrabiam; mało śpię”. No bo kto chciałby zostać przyłapany na tym, że zamiast ciężko pracować i codziennie dążyć do osiągnięcia sukcesu, spędza czas na niczym? Przyjemnościach jakichś, odpoczynku. Odpoczynku?! Co za nieudacznik! Zamiast ciężko pracować na swój sukces, ten bimba w najlepsze!
Okazuje się, że presja społeczeństwa jest tak ogromna, że lepiej nie przyznawać się do tego, że żyje się po swojemu, pragnie się po prostu dobrego życia i nie ma się poczucia, że koniecznym warunkiem owego szczęścia jest spektakularny sukces, jaki winniśmy odnieść w życiu. Dlatego chyba jednak lepiej wziąć się do roboty i jak wszyscy inni, zacząć zasuwać.
Ale czy zastanawiali się kiedyś ci wszyscy ludzie, wiecznie pędzący nie wiadomo dokąd, czy to faktycznie o to chodzi w życiu, żeby ciągle nie mieć czasu, bez przerwy nie dosypiać i niezmiennie mieć masę zaległych zadań do wykonania, mimo ciągłej, ciężkiej pracy? Ale po co to wszystko?
Wszyscy wiemy, że ambicja bywa bardzo zgubna. Przez nadmierne aspiracje, często tracimy swój własny punkt widzenia, zapominamy o tym, czego sami chcemy, wiecznie próbując za wszelką cenę realizować plany narzucone nam niejako przez innych, bo przecież to nie my decydujemy o tym, co jest w danym momencie popularne, czym wszyscy się interesują. A my patrzymy tylko ukradkiem na kolegów i koleżanki, czy tym razem to my, czy oni osiągnęli więcej. Zazdrościmy innym, może po cichu, jeśli im dobrze idzie. My też tak chcemy.
Pytanie tylko: po co? Dlaczego zakładamy, że to, co przynosi szczęście innym (przynosi?), uszczęśliwi i nas i co, u licha, powoduje, że owczym pędem podążamy nie do końca dla nas zrozumiałymi ścieżkami coachingu kariery, ucząc się przy tym coraz to nowych technik negocjacji z klientem, zarządzania ryzykiem, czy zmianą… Czy to są jedyne ważne kwestie do rozstrzygnięcia w naszym życiu? I czy aby na pewno zamiast rozwijać nas - nie ograniczają?
Poświęcamy coraz więcej czasu na pracę, potrzebujemy drogich gadżetów, modnej kawy i nowych w każdym sezonie ubrań. Polepszamy swój status społeczny, poziom naszego życia jest coraz wyższy, co daje nam poczucie, że jesteśmy panami życia. Czyżby?
Poświęcamy coraz więcej czasu na pracę, potrzebujemy drogich gadżetów, modnej kawy i nowych w każdym sezonie ubrań. Polepszamy swój status społeczny, poziom naszego życia jest coraz wyższy, co daje nam poczucie, że jesteśmy panami życia. Czyżby?
Myślę, że do sedna trafia Kasia Kędzierska, autorka bloga simplicite.com, która w swojej książce Chcieć mniej pisze: „(…)moim symbolem dobrobytu jest czas, redukuję więc liczbę posiadanych przedmiotów, minimalizuję ilość potrzebnych pieniędzy i pracy przeznaczonej na ich zarobienie. Wynikiem tego równania jest w o l n o ś ć.” To wcale nie postęp technologiczny, ale my - my sami jesteśmy sobie winni, sami się ograniczamy, nakładając na siebie przymus odniesienia spektakularnego sukcesu, który notabene zwykle kojarzy nam się z dużą ilością gotówki.
Za wiele chcemy tego, co ma wartość nikłą i chyba ciągle zbyt mało skupiamy się na tym, co może dać nam prawdziwą satysfakcję w życiu. Wolność.
A jaki jest Wasz punkt widzenia? Zapraszam do dyskusji.
A jaki jest Wasz punkt widzenia? Zapraszam do dyskusji.

