poniedziałek, 20 lutego 2017

Nie oczekuj wdzięczności


Ostatnio bardzo popularne stało się praktykowanie wdzięczności. Pisze o tym wielu autorów, przekonując do tego, że warto każdego dnia zastanowić się nad tym, za co jest się wdzięcznym. Trudno nie zgodzić się z propagowaniem tak pięknej idei. Mam jednak wrażenie, że pośród wyliczania i spisywania w pamiętniczku tych wszystkich dóbr, za które jesteśmy wdzięczni, zapominamy niekiedy o drugim człowieku, który żyje obok nas i właśnie któremu powinniśmy dziękować za okazywaną nam każdego dnia dobroć.
Ludzie niestety mają spory kłopot z wdzięcznością. Nie potrafią dziękować. Ba, często nawet nie przyjdzie im do głowy, by wypowiedzieć to jedno, nic nie kosztujące słowo. A jeśli przyjdzie - zdarza się, że robią to machinalnie, nie skupiając się na tym, za co i dlaczego dziękują. To tak jak z przepraszaniem. Przepraszamy, gdy w tramwaju wpadamy na kogoś (nie ze swojej winy z resztą, gdy motorniczy mocno zahamował). Przepraszamy za to, że odbiło się nam przy stole lub że w pierwszej kolejności przywitaliśmy się z kim innym, niż wypada. Ciągle przepraszamy za coś, co za moment nie ma już żadnego znaczenia, a tak ciężko powiedzieć przepraszam w chwili, gdy naprawdę zawaliliśmy.
Dziękujemy za podniesiony długopis z podłogi, za przepuszczenie nas w drzwiach i za kupienie nam czegoś przy okazji. Nie dziękujemy natomiast za ugotowany obiad i miłą atmosferę, za pojechanie z nami do lekarza i wspólne czekanie przez dwie godziny w kolejce. Nie przyjdzie nam nawet do głowy, by podziękować drugiemu człowiekowi za codzienną troskę i zainteresowanie naszą osobą.
Jak każdy kij, i ten ma jednak dwa końce. Bo czy nie raz popadliśmy we wzburzenie, nie usłyszawszy dziękuję, które tak bardzo nam się należało!? Albo zrobiliśmy coś dla kogoś, by ten zaciągnąć u nas musiał dług wdzięczności? Wygląda na to, że lubimy podziękowania, ale głównie te kierowane w naszym kierunku.
Bywa, że pragnienie wdzięczności wobec nas samych jest tak ogromne, że odbiera nam całą radość dawania. A szczęście może przynieść nam przecież tylko prawdziwa bezinteresowność. Oczekiwanie wdzięczności prowadzi niekiedy do frustracji, a i ludzie dziękują często nie z prawdziwej wdzięczności, ale ze zwykłego poczucia obowiązku. Zamiast więc być kimś znanym ze swej szlachetności, do którego garną się dziesiątki osób, nietrudno stać się kimś, komu składane są życzenia urodzinowe z obowiązku i kogo odwiedza się dla świętego spokoju. 
Przepraszajmy i dziękujmy za rzeczy ważne. Nie oczekujmy wdzięczności. Szczęście to radość dawania. Bezinteresowna. 

czwartek, 9 lutego 2017

Sprytna kontrola pauz w wypowiedzi



Często gdy wypowiadamy się publicznie, jako przerywnik stosujemy dźwięki ymm-podobne. Dlaczego w pauzy naszych wypowiedzi wkradają się właśnie tego typu dźwięki i co zrobić, aby nad tym zapanować? Dzisiaj krótka notka o tym, jak sprytnie kontrolować mimowolne stosowanie tych nieeleganckich i nieefektywnych przerywników podczas mówienia.
Czy zastanawialiście się kiedyś, co właściwie wywołuje te niechciane ym-ki w naszych wypowiedziach? Spróbujcie kilka razy powiedzieć na głos dokładnie to samo ymm, które zdarza Wam się stosować jako przerwę w wypowiedzi. Zaobserwujcie, co dzieje się z Waszym oddechem, gdy wydajecie z siebie ten dźwięk. Jeśli wykonaliście to proste i krótkie ćwiczenie, wiecie już, że w trakcie artykulacji ymm, wydychamy powietrze. Jest to więc pierwsza wskazówka dla nas – gdy robimy ymm, po prostu wydychamy powietrze na głos.
Dlaczego stosowanie ymm podczas wypowiedzi jest nie tylko nieeleganckie, ale szalenie nieefektywne dla naszej wypowiedzi? Jak już zauważyliśmy, aby wyartykułować ymm, musimy cały czas wydychać powietrze. Na potwierdzenie tej tezy, spróbujcie mówić ymm na wdechu – to zadanie nie jest już takie proste, prawda? Ale co właściwie z tego wynika? 
Poświęcając zdecydowaną większość przerwy w mówieniu na wydech, sprawiamy, że krótki wdech, który zdążymy wziąć, zanim zaczniemy znowu mówić, wystarczy nam na bardzo krótko, przez co za chwilę znów będziemy musieli zrobić kolejna pauzę – którą prawdopodobnie ponownie przeznaczymy głownie na wydech – czyli na ymm – i tak nasze błędne koło będzie sie toczyć i toczyć, aż do końca naszej wypowiedzi.
Co w takim razie zrobić, aby oduczyć się stosowania ymm, jako przerywnika? Trenerzy z dziedziny wystąpień publicznych proponują dwa rozwiązania. Pierwsze z nich to technika regularnych pauz, które zapewnią nam stałą, wystarczającą ilość powietrza w płucach, abyśmy mogli powiedzieć, to co chcemy przekazać bez konieczności stosowania niekontrolowanych przerw. Druga technika natomiast jest jeszcze bardziej banalna – w trakcie przerwy, wykonujmy krótki wydech i długi wdech, uniemożliwiając sobie w ten sposób wszelką artykulację oraz tym samym zapewniając sobie wystarczającą ilość powietrza na kolejny fragment wypowiedzi.
Proste, a jednak dopóki nie rozłożymy kłopotu ymm na czynniki pierwsze, ciężko wyzbyć się tego nieeleganckiego nawyku podczas wystąpień publicznych (mam tu na myśli nie tylko prezentacje przed szerszą publicznością, ale po prostu wypowiedzi w obecności kilku osób - na przykład w pracy, na spotkaniu - bo z tego typu sytuacjami spotykamy się najczęściej). Od dzisiaj ćwiczymy więc stosowanie regularnych pauz podczas wypowiedzi, a gdy przyłapiemy się na artykułowaniu ymm - szybciutko wdychamy powietrze z powrotem do płuc. Do dzieła!


A czy Wam często zdarza się stosować ymm, jako przerywnika w wypowiedzi? Co myślicie o podanych technikach pracy nad tym kłopotliwym zjawiskiem?

środa, 25 stycznia 2017

Oryginał czy podróbka?



Nie używasz produktów pochodzenia zwierzęcego ze względu na poszanowanie życia zwierząt i niezgody na ich wykorzystywanie, czy jesteś weganinem, bo to teraz na czasie? Uprawiasz sport dla własnego zdrowia i dobrego samopoczucia, czy dręczysz swoje ciało katorżniczymi treningami, by Twoje mięśnie robiły wrażenie na innych? Nosisz długą brodę, bo do twarzy Ci z takim zarostem i dzięki niemu czujesz się swobodnie i naturalnie, czy nosisz ją, bo to aktualnie bardzo modne?
Mam wrażenie, że za mało dziś w ludziach autentyczności, a za dużo robienia różnych rzeczy na pokaz. Często brakuje nam odwagi do tego, by być sobą w 100%. W towarzystwie wolimy nie wypowiadać na głos własnych przekonań (o ile je w ogóle mamy), bo rozeznaliśmy się w zgoła odmiennych poglądach pozostałych członków grupy. Gdy mamy ochotę coś zrobić, czekamy na aprobatę innych, zanim poczynimy pierwszy krok. Naprawdę? Potrzebujemy czyjejś zgody na bycie sobą? A może zamiast czekać na słowa uznania ze strony innych, powinniśmy zacząć robić wszystko, by każdego dnia samodzielnie móc kierować do siebie te słowa?
Myślę, że bycie autentycznym jest bardzo ważne. Ciągle marzymy o wolności, a tym czasem sami ją sobie ograniczamy. Dlatego warto odpowiedzieć sobie na pytanie: ile właściwie we mnie jest mnie?
Sądzę, że ważnym aspektem bycia autentycznym jest myślenie o sobie w sposób pozytywny. Bo jeśli sami będziemy myśleć o sobie dobrze, nie będziemy potrzebowali szukać uznania u innych – a to da nam wolność. Otaczajmy się ludźmi, którzy dają nam swobodę bycia sobą, przed którymi nie musimy udawać kogoś, kim nie jesteśmy, w obawie przed utratą zainteresowania ze strony tych osób. Codziennie pomyślmy przez chwilę o tym, dlaczego jesteśmy z siebie dumni, co sprawia, że siebie lubimy i co dobrego zrobiliśmy dla siebie lub innych. Zamiast próbować naśladować innych i stale im dorównywać w przypadkowych dziedzinach, zastanówmy się, co sprawia, że jesteśmy oryginalni? Co powoduje, że jesteśmy jedyni w swoim rodzaju? Co robimy lepiej od innych? W czym jesteśmy świetni według osób, które znają nas najlepiej? Zajmijmy się tym właśnie.
Mówi się, że nie ma ludzi niezastapionych – to prawda, ale tylko gdy myślimy np. o naszym miejscu pracy. Nawet jeśli mamy poczucie, że wykonujemy swoją pracę naprawdę świetnie i że naszemu pracodawcy trudno byłoby znaleźć kogoś, kto równie perfekcyjnie wykonywałby swoje obowiązki – prawda jest taka, że nawet jeśli tak jest, to pracowdawca i tak w każdym momencie bez zbędnych sentymentów może zastapić nas kimś innym. Są jednak ludzie, dla których rzeczywiście jesteśmy niezastępowalni – mąż, żona, dziecko, matka, ojciec, przyjaciel. Skupmy się na tym, by większą ilość czasu poświęcać właśnie tym osobom, dla których jesteśmy absolutnie nie do zastąpienia.


Jeśli ciągle nie znalazłeś swojego miejsca na ziemi, nie masz żadnego określonego celu w życiu lub z jakiegoś powodu nie czujesz życiowej satysfakcji, skup się na byciu autentycznym, a wszystko z czasem się wyklaruje. Najważniejsze to być oryginałem, a nie podróbką.


*Jako tło postu wykorzystany został fragment obrazu Hannah Höch, "Cięcie nożem kuchennym: DADA poprzez ostatnią weimarską, spasioną piwem epokę kulturalną Niemiec" (1919)
ZapiszZapisz

niedziela, 22 stycznia 2017

Trauma. Jak dostać się tam, gdzie nie docierają słowa?


Współcześnie coraz chętniej korzystamy z pomocy terapeutów w sytuacji, gdy samodzielnie nie jesteśmy w stanie dotrzeć do źródła swoich problemów, a co za tym idzie, nie potrafimy ich rozwiązać. Niestety, część osób decydujących się na terapię, kończy ją bez powodzenia. Dlaczego tak się dzieje?
Żyjący w Bostonie holenderski psycholog, Bessel van der Kolk, który zjawiskiem traumy zaczął zajmować się  w latach 70. ubiegłego wieku, tłumaczy, iż trauma - w odróżnieniu od zwykłych nieprzyjemnych wspomnień - jest o tyle trudnym zagadnieniem, że nie da się jej przepracować słowami. Podczas, gdy negatywne przeżycia niesklasyfikowane przez mózg ludzki jako trama, po jakimś czasie ulegają desyntezacji (czyli redukcji reakcji lękowej na wspomnienie danego zdarzenia), trauma jest dla ludzkiego umysłu wciąż równie aktualna, zawsze przeżywana z tym samym natężeniem - nawet po wielu latach. Zwyczajne złe wspomnienia natomiast bledną w naszej pamięci z biegiem lat, przez co przestają wywoływać w nas tak silne, jak kiedyś, emocje.
Profesor van der Kolk twierdzi, iż trauma jest przechowywana przez ludzki mózg w miejscu, do którego nie sposób dostać się drogą werbalną. W tej sytuacji dla osób poddających się klasycznej terapii, polegającej na werbalnym dotarciu do źródła problemu, jego przepracowaniu i akceptacji, metoda ta okazuje się nieskuteczna. W tej sytuacji, jak podaje profesor, należy dotrzeć do źródła problemu poprzez ciało, które to jest częścią umysłu.
Zdaje się, iż coraz bardziej zaczynamy zdawać sobie z tego faktu sprawę, o czym świadczy coraz bogatsza z roku na rok oferta instytucji terapeutycznych. W Polsce coraz częściej zaczynamy spotykać się z egzotycznymi odmianami terapii, np. wschodnimi Su-Dżok, czy QiGong. Coraz bardziej popularne stają się jednak terapie, które mimo wszystko są bliższe naszej kulturze i światopoglądowi - czy to joga medyczna, czy relaksacja (zajęcia relaksacyjne), terapia ruchem (choreoterapia), muzykoterapia oraz inne odmiany arteterapii, a także terapia oddechowa
Wspólnym mianownikiem wspomnianych technik terapeutycznych jest obserwacja siebie, swojego ciała oraz przywrócenie, a czasem wręcz nabycie jego świadomości oraz nauka rozluźniania tych partii ciała, które ulegają napięciu pod wpływem myślenia o strasznym zdarzeniu. Również znaczące jest nauczenie się panowania nad tymi częściami ciała, których nie potrafimy kontrolować, przeżywając traumę.
Myślę, że te formy terapii są korzystne nie tylko w sytuacji wychodzenia z traumy. Dzięki świadomemu oddechowi - poprawiamy również ogólny stan zdrowia naszego organizmu. Malując - wyrażamy siebie; mówi się, że np. to, jakich kolorów użyje się do namalowania obrazu, świadczy o wewnętrznym (często nieuświadomionym) stanie emocjonalnym malującego. Uczestnicząc w zajęciach ruchowych, nabywamy świadomości swojego ciała, uczymy się nad nim panować oraz pozbywamy się napięć. Podczas sesji relaksacyjnych doświadczamy głębokiego stanu odprężenia oraz uczymy relaksować się na co dzień

środa, 11 stycznia 2017

O zabieganiu i wolności słów kilka


Na pewno część z Was zauważyła (a może sami powielacie ten schemat?), że w dzisiejszym świecie bardzo popularne stało się zjawisko permanentnego braku czasu (czytaj Prosta technika stawiania granic i realizowania planów własnych, zamiast cudzych). Brak ten co ciekawe, nie wynika jednak z tego, że czas się skurczył lub biegnie szybciej, niż 10-20 lat temu. Jasne, z pewnością postęp technologiczny i przesyt informacji wpłynął na to, że nierzadko brakuje nam czasu, żeby to wszystko, co mamy i z czym się stykamy, ogarnąć. Jednak czy faktycznie jest tak, że to właśnie te czynniki winne są naszemu deficytowi czasu?
To takie modne mówić dzisiaj „jestem strasznie zabiegany”, „mam mnóstwo zajęć, ledwie się wyrabiam; mało śpię”. No bo kto chciałby zostać przyłapany na tym, że zamiast ciężko pracować i codziennie dążyć do osiągnięcia sukcesu, spędza czas na niczym? Przyjemnościach jakichś, odpoczynku. Odpoczynku?! Co za nieudacznik! Zamiast ciężko pracować na swój sukces, ten bimba w najlepsze! 
Okazuje się, że presja społeczeństwa jest tak ogromna, że lepiej nie przyznawać się do tego, że żyje się po swojemu, pragnie się po prostu dobrego życia i nie ma się poczucia, że koniecznym warunkiem owego szczęścia jest spektakularny sukces, jaki winniśmy odnieść w życiu. Dlatego chyba jednak lepiej wziąć się do roboty i jak wszyscy inni, zacząć zasuwać.
Ale czy zastanawiali się kiedyś ci wszyscy ludzie, wiecznie pędzący nie wiadomo dokąd, czy to faktycznie o to chodzi w życiu, żeby ciągle nie mieć czasu, bez przerwy nie dosypiać i niezmiennie mieć masę zaległych zadań do wykonania, mimo ciągłej, ciężkiej pracy? Ale po co to wszystko?
Wszyscy wiemy, że ambicja bywa bardzo zgubna. Przez nadmierne aspiracje, często tracimy swój własny punkt widzenia, zapominamy o tym, czego sami chcemy, wiecznie próbując za wszelką cenę realizować plany narzucone nam niejako przez innych, bo przecież to nie my decydujemy o tym, co jest w danym momencie popularne, czym wszyscy się interesują. A my patrzymy tylko ukradkiem na kolegów i koleżanki, czy tym razem to my, czy oni osiągnęli więcej. Zazdrościmy innym, może po cichu, jeśli im dobrze idzie. My też tak chcemy.
Pytanie tylko: po co? Dlaczego zakładamy, że to, co przynosi szczęście innym (przynosi?), uszczęśliwi i nas i co, u licha, powoduje, że owczym pędem podążamy nie do końca dla nas zrozumiałymi ścieżkami coachingu kariery, ucząc się przy tym coraz to nowych technik negocjacji z klientem, zarządzania ryzykiem, czy zmianą… Czy to są jedyne ważne kwestie do rozstrzygnięcia w naszym życiu? I czy aby na pewno zamiast rozwijać nas - nie ograniczają?
Poświęcamy coraz więcej czasu na pracę, potrzebujemy drogich gadżetów, modnej kawy i nowych w każdym sezonie ubrań. Polepszamy swój status społeczny, poziom naszego życia jest coraz wyższy, co daje nam poczucie, że jesteśmy panami życia. Czyżby?
Myślę, że do sedna trafia Kasia Kędzierska, autorka bloga simplicite.com, która w swojej książce Chcieć mniej pisze: „(…)moim symbolem dobrobytu jest czas, redukuję więc liczbę posiadanych przedmiotów, minimalizuję ilość potrzebnych pieniędzy i pracy przeznaczonej na ich zarobienie. Wynikiem tego równania jest w o l n o ś ć.” To wcale nie postęp technologiczny, ale my - my sami jesteśmy sobie winni, sami się ograniczamy, nakładając na siebie przymus odniesienia spektakularnego sukcesu, który notabene zwykle kojarzy nam się z dużą ilością gotówki. 
Za wiele chcemy tego, co ma wartość nikłą i chyba ciągle zbyt mało skupiamy się na tym, co może dać nam prawdziwą satysfakcję w życiu. Wolność.


A jaki jest Wasz punkt widzenia? Zapraszam do dyskusji.

sobota, 7 stycznia 2017

Którym nozdrzem oddychasz?


Czy przyglądaliście się kiedyś temu, jak przebiega procesu oddychania nosem? Być może wiecie, że człowiek z reguły nie oddycha przez obie dziurki na raz, jednak ta wiedza jest wiedzą tajemną dla większości populacji, która nie ma o tym zielonego pojęcia! A szkoda, bo ten fakt jest bardzo ważny i można zrobić z niego świetny użytek. Tym razem pragnę podzielić się z tymi z Was, dla których ta wiadomość jest zaskoczeniem (tak, jak niedawno była dla mnie) krótką instrukcja obsługi naszego organizmu, jaka wynika z fizjologi oddychania. Do dzieła!
Tak, to prawda, zwykle aktywne jest tylko jedno nozdrze, drugie zaś w tym czasie odpoczywa. Abyście jednak przekonali się o prawdziwości tej informacji, możecie sprawdzić to w bardzo prosty sposób. Zbliżcie do obu dziurek nosa na bardzo bliską odległość obie dłonie - prawą do prawego nozdrza, lewą - do lewego. Od razu poczujecie wydychane powietrze tylko na jednej dłoni! 
Dlaczego tak właśnie wymyśliła to Matka Natura? Powód jest trywialny: otóż gdybyśmy oddychali obiema dziurkami na raz, ciągle przesuszałaby się nasza śluzówka. Aby umożliwić jej jednak stałe nawilżanie i odpowiednie oczyszczenie, dane nozdrze potrzebuje czasu na regenerację. Stąd oddychanie naprzemienne. 
To jednak nie wszystko, sprawa jest naprawdę niezwykle ciekawa i wynika z niej dla nas coś bardzo cennego! Mianowicie dana dziurka nosa, tak samo jak np. nasze ręce połączone są krzyżowo z naszym mózgiem, a więc: jeżeli oddycha nozdrze prawe, aktywna jest lewa półkula mózgu, gdy jednak oddycha nozdrze lewe, aktywna jest półkula prawa. Jak wiemy, obie półkule odpowiedzialne są za nieco inne zadania, czy umiejętności. Podczas gdy lewa odpowiedzialna jest za myślenie logiczne i analityczne, zdolności językowe oraz obliczenia matematyczne, prawa - za zdolności artystyczne, wyobraźnię, kreatywność, czy intuicję. Wiąże się z tym fakt, iż aktywność lewej półkuli mózgu umożliwia nam skupienie się na jakiejś czynności, niejako wzbudza w nas chęć do zajęcia się jakimś zadaniem, czy zagadnieniem, sprawiając, że nasz umysł jest z reguły trzeźwy i gotowy na te nawet skomplikowane działania. Z kolei aktywność półkuli prawej pomaga nam się zrelaksować, jednocześnie obniżając zwykle poziom energii w naszym organizmie; wycisza nas i często sprawia wręcz, że stajemy się senni.
Teraz najważniejsze: co z tego wszystkiego dla nas wynika i jaki możemy zrobić z tego użytek? Odpowiedź jest banalna: gdy zaczynamy odczuwać senność, niechęć do działania, nadmierne rozluźnienie, powinniśmy natychmiast sprawdzić, które z nozdrzy jest aktywne - prawdopodobnie będzie to nozdrze lewe. Co więc robimy? Zatykamy je na moment, by poodychać prawą dziurką nosa. Gdy z kolei chcemy się zrelaksować, czy potrzebujemy się wyciszyć, np. przed snem - postępujemy w sposób odwrotny - zatykamy nozdrze prawe i oddychamy przez chwilę lewym. Ta technika jest naprawdę skuteczna - sprawdziłam ją na sobie, jest bardzo pomocna w wielu kryzysowych sytuacjach!
Matka Natura pomyślała naprawdę o wszystkim. Zamiast więc wlewać w siebie kolejne kubki kawy w momencie tzw. zmęczenia materiału, wiecie już, co należy zrobić. To samo tyczy się sytuacji, gdy chcecie ułatwić sobie zasypianie, a do tej pory mieliście z tym kłopot. Na podstawie opisanego w tym poście zjawiska została stworzona m.in. technika oddychania naprzemiennego nosem, która jest niezwykle dobroczynna dla naszego organizmu i którą opisałam w tym poście.



Czy wiedzieliście o tym, że człowiek w danym momencie oddycha tylko jednym nozdrzem? Jeśli nie, to czy jesteście tym faktem zaskoczeni? Dajcie znać w komentarzu!

wtorek, 3 stycznia 2017

Skuteczny sposób na wyzbycie się niechcianych nawyków


Jednym z pierwszych wpisów na moim blogu był ten o nawykach i o tym, jak świetnym są narzędziem do codziennego motywowania się bez używania silnej woli (czytaj: Drobne nawyki jako codzienne motywatory). Dzisiaj postanowiłam ugryźć temat z drugiej strony i zastanowić się nad tym, co zrobić w przypadku powielania schematów dla nas niekorzystnych, których pragnęlibyśmy się wyzbyć. 
Jak pamiętamy ze wspomnianego wpisu, nasz mózg lubi drogę na skróty, a więc wiele czynności, które wykonujemy na co dzień to dobrze znane nam schematy; czynności, nad których wykonaniem nie musimy się zastanawiać i dzięki którym nasz mózg oszczędza energię. Z tego faktu płynie dla nas jednak nie tylko korzyść, jaką możemy czerpać z zasady nawyków, o której pisałam wcześniej na blogu. Niestety, każdy z nas posiada wiele nawyków, z których nie jesteśmy dumni, które drażnią nas samych i innych lub które z jakichkolwiek innych przyczyn są przez nas niechciane.
Wielu z nas wciąż na nowo podejmuje walkę z negatywnymi nawykami, jednak bardzo trudno zejść z utartej ścieżki. Jest wiele sposobów, którymi wymieniamy się ze znajomymi w rozmowach o tym, jak przestać powielać niechciane schematy: „zastąp jeden nawyk innym” lub „analogicznie do nagradzania się za wypełnienie dobrych nawyków, karaj się za powielanie tych złych”…i tak dalej. Istnieje jednak znacznie skuteczniejszy sposób. Jaki?
To bardzo prosta technika, składająca się z dwóch kroków. Pierwszy z nich zaczerpnęłam z książki Miłosza Brzezińskiego, pt. "Wy wszyscy moi Ja". Polega on na utrudnieniu sobie realizacji niechcianego nawyku. Jak już wspomnieliśmy, nasz umysł preferuje drogę na skróty, a więc zawsze wybierze sobie najłatwiejszy sposób realizacji swojego celu. Jeśli tym sposobem jest jakiś niepożądany przez nas nawyk - zrobimy to, nawet jeśli szczerze tego nie chcemy. O jakiego typu utrudnienia jednak chodzi? Weźmy pod lupę przykład negatywnego nawyku rzucania zdjętych z siebie ubrań na najbliżej stojące łóżka krzesło - znacie to? Większość z nas ma lub co najmniej w przeszłości miała takie krzesło. Jak wyglądałaby w praktyce zasada utrudnienia sobie powielenia niechcianego schematu? Po prostu, wynosimy krzesło z sypialni. Brzmi banalnie? Owszem, ale jest to skuteczna metoda. (Myślę, że jest wśród nas niewielu, u których ten sposób poskutkowałby rzuceniem ubrań na podłogę!) Podobną taktykę zastosujemy w przypadku nawyku złego odżywiania się - przestajemy robić zapasy niezdrowej żywności, przygotowując sobie wcześniej zdrowe przekąski np. z warzyw - nawet jeśli nie jesteśmy fanami sałatek, jest ogromna szansa, że gdy będziemy głodni wybierzemy ją, zamiast przygotowanie innego posiłku, ponieważ ona będzie już gotowa. I tak dalej.
Na dobrze, a co z drugim krokiem? Powiedzieliśmy już sobie, że nasz mózg zawsze wybierze sobie najłatwiejszy sposób realizacji danego celu. Myślę, że gdy chcemy oduczyć swój mózg powielania niechcianego przez nas schematu, musimy dać mu taką właśnie możliwość. Okej, coś zabieramy, ale pozwalamy zastąpić to czymś innym. Niekoniecznie czymś, co zaplanowaliśmy sobie z góry. Kojarzycie wysiewanie trawników i budowanie chodników dopiero po jakimś czasie, na podstawie wydeptanych ścieżek, gdy zaobserwuje się, którędy ludzie najchętniej chodzą? Są sytuacje, w których powielamy schematy, z których nie jesteśmy zadowolenia, jednak nie wiemy, co zaproponować w zamian. W tym przypadku, zasiejmy nowy trawnik (utrudnienie wykonania negatywnego nawyku) i zobaczmy, którędy naszemu mózgowi będzie najwygodniej chodzić. 
Tak jak i pozytywne, negatywne nawyki towarzyszą nam każdego dnia. Nie próbujmy walczyć z nimi na siłę, bo i tak z góry jesteśmy skazani na przegraną. W myśl powiedzenia, „nie siłą, a sposobem”, przechytrzajmy samych siebie i dzięki opisanej metodzie skutecznie pozbywajmy się niechcianych nawyków.


Co sądzicie o tej technice? A jak Wy radzicie sobie z niechcianymi nawykami?

piątek, 16 grudnia 2016

Tajniki mistrzowskiej prezentacji



Jakiś czas temu na blogu pojawiła się recenzja książki „Mów jak TED…”, Carmine Gallo. Książka ta jest dogłębną analizą wystąpień publicznych światowej sławy mówców. Na jej podstawie przygotowałam krótki opis kilku najciekawszych technik prezentacji. Zastanówmy się nad tym, w jaki sposób możemy wykorzystywać je w naszych wystąpieniach i w ten sposób uczynić je przyjemnymi i interesującymi zarówno dla naszych odbiorców, jak i dla nas samych.
Poniżej opisuję pięć najciekawszych, moim zdaniem, technik stosowanych przez najlepszych mówców TED. Wzbogaciłam je o konkretne przykłady z wystąpień na tychże konferencjach. Dzięki nim przekonamy się, że metody te sprawiają, iż wspomniane przemówienia są naprawdę niesamowite! Zapraszam do lektury oraz obejrzenia tych inspirujących wystąpień!

1. Zacznijmy od najprostszej do zastosowania przez każdego z nas techniki pt. Opowieść wpleciona w wystąpienie. Każdy z nas może przytoczyć wiele zabawnych, smutnych lub dających do myślenia historii, które przytrafiły się czy to nam samym, czy naszym znajomym, a może po prostu gdzieś o nich przeczytaliśmy lub usłyszeliśmy. Warto używać w swoich wystąpieniach tego typu opowieści z dwóch powodów - po pierwsze są łatwo przyswajalne dla naszych odbiorców, ponieważ mówią o prawdziwych ludziach i zdarzeniach, z drugiej zaś strony oddziałują na emocje. Pamiętajmy, by użyte historie tematycznie pasowały do naszego wystąpienia. Dobrym przykładem sprawnego wplecenia historii w wykład jest ten, w którym pisarz Malcolm Gladwell uczy nas tego, iż akceptując ludzką różnorodność, szybciej zajdziemy klucz do szczęścia

2. Druga technika polega na przekazywaniu ciekawostek/przedstawianiu nowości. Myślę, że i ta metoda jest łatwa do zastosowania i wielu mówców często z niej korzysta. Jest to bardzo skuteczny sposób na zainteresowanie publiczności swoją prezentacją, ponieważ ludzie uwielbiają dowiadywać się nowych rzeczy, nawet jeśli ta wiedza do niczego im się nie przyda (!) - jest to więc świetna okazja, by urozmaicić naszą prezentację ciekawostkami związanymi z prezentowanym tematem. W przypadku, gdy jest to prezentacja dotycząca np. naszej firmy, w kreatywny sposób możemy podzielić się stosowanymi w niej innowacyjnymi rozwiązaniami. Sztandarowym przykładem tej techniki jest wystąpienie guru marketingu Seth Godin, który tłumaczy, dlaczego dziwne - bądź nawet złe pomysły okazują się lepsze niż pomysły nudne.

3. Kolejnym dobrym sposobem na przykucie uwagi odbiorców jest stosowanie humoru. Ta technika być może nie wszystkim wyda się prosta do zastosowania. Nie chodzi tu jednak o opowiadanie dowcipów, a o lekkość prezentacji. Możemy opowiedzieć jakąś zabawną historię lub po prostu pokazać pełny dystans do swojej osoby, co zawsze zostanie odebrane, jako poczucie humoru. Jedną z najbardziej kojarzonych z humorem prezentacji TED jest ta doktora Kena Robinsona twierdzącego, że szkoły zabijają kreatywność.

4. Czwartą metodą jest nic innego, jak ciekawa prezentacja danego zjawiska. Przygotowując prezentację, warto zastanowić się, jak możemy przedstawić je w kreatywny sposób. Na przykład, gdy mówimy o jakimś zjawisku na dużą skalę, za pomocą zdjęć możemy pokazać, ile to jest wzrokowo. Dzięki temu umożliwimy naszym odbiorcom zidentyfikowanie jego skali. Fantastycznym przykładem jest prezentacja fotografa Chrisa Jordan'a, bogata w zdjęcia, za pomocą których publiczność może przekonać się, np. ile Amerykanek rocznie poddaje się operacji powiększenia biustu - liczbę tę Jordan prezentuje za pomocą odpowiednio ułożonych lalek Barbie, które na na pierwszym zdjęciu ułożone są w koła, na ostatnim zaś (zawierającym 384.000 lalek Barbie) widzimy kobiece piersi.

5. Ostatnią z najciekawszych technik przedstawionych w książce "Mów jak TED..." jest zastosowanie momentu zaskoczenia. Ta technika wymaga jednak sporego zaangażowania w przygotowywaną prezentację, nie da się bowiem wymyślić skutecznego momentu zaskoczenia w pięć minut. Taktyka ta polega na zrobieniu czegoś, czego nasi słuchacze kompletnie się nie spodziewają. To działanie ma na celu wzbudzenia ich emocji. W zależności od omawianego tematu, może to być zaskoczenie, obrzydzenie, rozbawienie i tak dalej. Najbardziej znanym momentem zaskoczenia jest chyba to, które zastosował  podczas swojego wystąpienia Bill Gates, wypuszczając na widownię komary "zarażone" malarią.

Przedstawione powyżej techniki poprawią jakość niejednej prezentacji, a tym samym sprawią, że będzie ona o wiele lepiej odebrana przez słuchaczy i być może po jej wysłuchaniu będą chcieli podzielić się jego treścią z innymi. Zauważmy, że prawie wszystkie przytoczone metody budowania wystąpień publicznych, sprowadzają się do oddziaływania na emocje słuchaczy. Pamiętajmy, że prezentacje, które wzbudzają najwięcej emocji - nieważne, czy pozytywnych, czy negatywnych - są najbardziej poruszające i najdłużej pozostają w pamięci odbiorców. 



Co sądzicie o tych technikach? Myślicie, że można zaadaptować je do własnych wystąpień? A może macie jakieś własne, sprawdzone sposoby na udaną prezentację? Podzielcie się nimi w komentarzu!
ZapiszZapisz

sobota, 10 grudnia 2016

Recenzja: Hygge. Duńska sztuka szczęścia, Marie Tourell Soderberg



Nie ma w języku polskim, ani żadnym innym, jednego słowa, które znaczyłoby dokładnie tyle, co hygge w duńskim. Podobno nie ma na świecie drugiego tak szczęśliwego narodu, jak naród duński. Zapewne zaczynacie widzieć tu już jakiś związek przyczynowo-skutkowy. Bestseller Marie Tourell Soderberg, pt. Hygge. Duńska sztuka szczęścia opowiada o tym właśnie zjawisku. Autorka tego całkiem przyjemnego albmu stara się przybliżyć nam istotę hygge, a zadanie ma niełatwe, gdyż nie da się jednoznacznie przetłumaczyć tego słowa na inne języki.
O co w tym wszystkim chodzi? Czy hygge to po prostu duńska sztuka szczęścia, jak podaje podtytuł albumu? I tak, i nie. Na pierwszy rzut oka faktycznie można traktować hygge w ten właśnie sposób, jednak odkrywając kolejne karty tego pięknie wydanego albumu, zaczynamy w pełni odczuwać istotę tego zjawiska i rozumieć, że jest to nie tylko uczucie szczęścia, czy radości. To relaks; doznanie głębokiego komfortu, zarówno fizycznego, jak i psychicznego, wynikającego z jakiejś sytuacji, bądź wiążącego się z jakimś wspomnieniem, czy przedmiotem; to celebrowanie więzi z rodziną i przyjaciółmi; poczucie bezpieczeństwa, spełnienia. To pełne zintegrowanie wszystkich zmysłów, które czerpiąc wszystko, co najlepsze  ze świata zewnętrznego i wewnętrznego,  dają to niedające się opisać, jedyne w swoim rodzaju uczucie. Hygge.
Jak to możliwe, że mieszkańcy kraju, w którym jest zimno i pochmurno przez około osiem miesięcy w roku, potrafią być aż tak szczęśliwi? Po przeczytaniu tej książki myślę, że właśnie te często niesprzyjające warunki pogodowe przyczyniły się do tego, że Duńczycy setki lat temu poszukiwać zaczęli sposobu na to, by odczarować tę niesprzyjającą aurę. Odpowiedzią na wszelkie ich deficyty związane z poczuciem komfortu okazało się hygge, które zaczęli praktykować w domach. Nie oznacza to oczywiście, że można go doświadczać tylko w domu - można wszędzie, gdzie panuje (lub gdzie ją stworzymy!) przyjemna, intymna atmosfera.
Ciągle nie mogę zdecydować się, czy bestseller ten jest książką, czy jednak albumem. Nie ma tu bowiem jednolitego tekstu, Hygge... składa się z wielu zebranych opowieści, cytatów, a także wywiadów z przeciętnymi Duńczykami, a niekiedy komentarzy autorki. Z drugiej strony książka opatrzona została bogatym zbiorem wysmakowanych zdjęć. Czytelnik znajdzie tu również przepisy na proste dania, które według ich autorów wprowadzają właśnie nastrój hygge oraz pomysły na to, jak sprawić, by otaczająca nas przestrzeń sprzyjała temu zjawisku, a co za tym idzie, żebyśmy częściej doświadczali tego przyjemnego uczucia.
Hygge. Duńska sztuka szczęścia to pozycja, która swoją bardzo estetyczną formą oraz niezwykle sympatyczną treścią zdecydowanie wprawi czytelnika w nastrój hygge. Myślę, że jego praktykowanie ogromnie poprawia jakość życia, więc warto się nad nim na chwilę zadumać. Mimo, iż hygge zwykle pojawia się samo, czasem trochę niespodziewanie, można nauczyć się stwarzać mu warunki do narodzin nawet w najzwyklejszych momentach naszego życia. Jest to niezwykle cenna lekcja, zwłaszcza w dobie ciągłego pośpiechu, pogoni za lepszym jutrem, gdy często nie potrafimy się zatrzymać, by dać sobie szansę na relaks (czytaj Sekrety skutecznego relaksu), zadbać o więzi z bliskimi nam osobami.
Hygge. Duńska sztuka szczęścia to bardzo przyjemna, chciałoby się rzec, przytulna książka-album. Jako książka do przeczytania w jeden wieczór, jako album - do wielokrotnego oglądania. Myślę, że bestseller ten świetnie nadaje się na zimowe wieczory, ponieważ bardzo zgrabnie wprowadza miły nastrój w zimne, ciemne dni. Wiem o kilku osobach, które życzą sobie dostać Hygge... pod choinkę i myślę, że jak najbardziej się nada.

wtorek, 6 grudnia 2016

Fitspiracje, czyli o tym, dlaczego oglądanie zdjęć wysportowanych sylwetek nie motywuje


W ostatnich latach obserwujemy znaczny wzrost zainteresowania zdrowym stylem życia nie tylko w kontekście poddawania się różnego rodzaju dietom, ale też uprawiania sportu. Sławne trenerki i trenerzy fitness biją rekordy ilości polubień swoich fanpage’ów na Facebooku, a na Instagramie i Pintereście roi się od zdjęć wysportowanych sylwetek ludzi dbających o swój wygląd zewnętrzny. Niektórzy preferują dołączyć do grona fanów guru ćwiczeń* i w grupie zmagać się ze swoim ciałem, inni podziwiają zdjęcia pięknych, wysportowanych ciał i w ten sposób szukają motywacji, by osiągnąć upragniony efekt. Jako, że teza postawiona została już w tytule, nie będę przedłużać: dlaczego podziwiacze instagramowych zdjęć mają z psychologicznego punktu widzenia znacznie mniejsze szanse na osiągnięcie sukcesu, niż ich koledzy - uczestnicy grup popularnych trenerów fitness? Przekonajmy się, zapraszam.
Czy zawsze należy mierzyć w górę i otaczać się wyłącznie ludźmi lepszymi od nas, których to umiejętności będą motywowały nas do dalszej pracy nad sobą i ciągłego rozwoju? Niekoniecznie. Okazuje się, że owszem, na dłuższą metę w grupie radzimy sobie lepiej, niż w pojedynkę, jednak dzieje się tak pod warunkiem, że większa część uczestników naszej grupy odpowiada naszemu poziomowi - ba, dobrze nawet, gdy jest kilka osób gorszych od nas; tych lepszych z kolei nie powinno być zbyt wielu. Liczne badania psychologiczne prowadzone nad motywacją w grupie wykazują, że gdy w naszym otoczeniu przeważają osoby lepsze od nas, jedynie początkowo działa to na nas motywująco, jednak szybko zdajemy sobie sprawę z tego, że nie jesteśmy w stanie tym osobom dorównać, ponieważ nawet wkładając ogromny wysiłek w próby nadrobienia zaległości w stosunku do nich, nie znajdziemy się wystarczająco szybko na pożądanym przez nas poziomie. Dodatkowo, w czasie, gdy my będziemy ciężko pracować, osoby te pracując w taki sam sposób, jak do tej pory (co prawdopodobnie nie będzie dla nich tak obciążające, jak dla nas), będą stale posuwały się na przód, co sprawi, że dystans między nimi a nami nie będzie się zmniejszał. To wszystko powoduje, że prędzej, czy później dajemy za wygraną. Sprawa ma się jednak zgoła inaczej w sytuacji, gdy to my należymy do tych lepszych w grupie. Myśl o tym, że są gorsi od nas lub osoby na podobnym poziomie, dostarcza nam motywacji do tego, by stale pracować nad sobą i w ten sposób co najmniej zachować swoją dotychczasową pozycję w grupie. 
Jak te fakty mają się do wspomnianych trenerów fitness i motywowania się za pomocą oglądania zdjęć wymarzonych sylwetek? W pierwszej sytuacji do czynienia mamy z jednej strony z guru ćwiczeń, z drugiej natomiast z rzeszą fanów, którzy tak samo, jak my, pracują nad swoim ciałem. Figura guru fitnessu jest dla nas z jednej strony nieosiągalna, jednak wśród uczestników grupy znaleźć możemy setki osób na poziomie podobnym do naszego lub takich, przed którymi jest jeszcze znacznie więcej pracy niż przed nami. Taka sytuacja jest zdrowa dla naszej psychiki, ponieważ nie chodzi tutaj o osiągnięcie niedoścignionego ideału - tutaj liczą się każde - i te mniejsze i te większe sukcesy. Celem jest bowiem to, by dobrze czuć się we własnym ciele, nie zaś to, by osiągnąć figurę sportsmena. 
Sprawa ma się jednak zgoła inaczej w przypadku oglądania zdjęć muskularnych sylwetek - tutaj celem jest bowiem to, by jak najszybciej dojść do takiego właśnie wyglądu - by osiągnąć wzorcową figurę. Z psychologicznego punktu widzenia takie próby motywowania się są jednak kompletnie nieskuteczne. W związku z opisanym wcześniej zjawiskiem ciągłego porównywania się tylko i wyłącznie do osób lepszych, nasz duch zamiast rosnąć, gaśnie. Nasze samopoczucie pogarsza się, zamiast polepszać, co w konsekwencji doprowadza nas do porzucenia jakichkolwiek zamiarów pracy nad sobą, bo przecież i tak nie dogonimy ideału.
Sporym problemem fitspiracji jest fakt, że celem wykonywania ćwiczeń fizycznych jest osiągnięcie aktualnie kreowanych przez media kanonów urody - w tym przypadku jest to wysportowana i umięśniona sylwetka, nie zaś ćwiczenie dla dobrego samopoczucia i zdrowia. To powoduje, że wielu wielbicieli fitness zamiast uprawiać sport w trosce o swoje ciało, uprawia go po to, by sprostać aktualnym trendom wizerunkowym, co ostatecznie sprowadza się do tego, że nie tyle ćwiczą oni dla siebie i własnego upodobania, co dla innych; ćwiczą po to, by wpasować się w rozpropagowany społecznie idealny model sylwetki. 
Wniosek nasuwa się sam - zamiast bombardować się zdjęciami idealnie wyrzeźbionych sylwetek, lepiej dołączyć do grupy znanego trenera fitness, który oprócz tego, że dla większości z nas na zawsze pozostanie niedoścignionym ideałem, propaguje zdrowy styl życia i posiada rzeszę odbiorców, dążących do swojego własnego ideału w duchu wzajemnego wsparcia. Są tam ludzie nie tylko lepsi, ale przede wszystkim podobni do nas lub może nawet od nas słabsi. I to wszyscy oni - razem wzięci - nadają sens całej tej fitspiracji oraz mogą stać się gwarantem naszego sukcesu.



A w jaki sposób Wy motywujecie się do ćwiczeń (o ile ćwiczycie)? Otaczacie się tylko ideałami, czy osobami podobnymi do Was? Dajcie znać w komentarzu!





Post został napisany w oparciu o książkę "Wy wszyscy moi Ja" Miłosza Brzezińskiego.
*Określenie zaczerpnięte z tejże książki.

środa, 30 listopada 2016

Jak się nie przejmować?


Z pewnością znacie osoby (lub może dotyczy to Was samych), które mają skłonność do ciągłego zamartwiania się lub rozpamiętywania nieprzyjemnych sytuacji. Pomówmy dziś przez chwilę o tym właśnie zjawisku i zastanówmy się, jak przestać to robić - bo co do stwierdzenia, że nadmierne przejmowanie się jest dla nas szkodliwe, chyba nikt wątpliwości nie ma.
Podobno osoby skłonne do częstego przejmowania się, tracą na nie nawet pięć lat swojego życia. Gdy czysto hipotetycznie spróbujemy wyobrazić sobie kogoś, kto przez pięć lat nie robi nic innego oprócz rozpamiętywania, czy zamartwiania się dniem i nocą, okazuje się, że to jest bardzo, bardzo dużo czasu! Takie marnotrawstwo jest o tyle niezrozumiałe, że nie dość, iż przejmowanie się - czy to przeszłością, czy przyszłością - nie zmieni rzeczywistości, to dodatkowo zupełnie niepotrzebnie zmuszamy siebie do ciągłego mentalnego przebywania w sytuacji dla nas niekomfortowej, co wpływa m.in. na podwyższenie natężenia stresu w naszym organizmie. Zdajemy sobie oczywiście z tego sprawę, jednak gdy przejmowanie się wejdzie nam w nawyk, bardzo ciężko się go oduczyć.
Na wszystko są na szczęście sposoby. Oto kilka wskazówek, co można zrobić, aby pomóc sobie wyjść z nałogu przejmowania się:

1. Odroczyć rozmyślanie na temat sytuacji, która została przez nas przeanalizowana już wielokrotnie. Powiedzieć sobie „później o tym pomyślę”. Jest bardzo prawdopodobne, że gdy nadejdzie wyznaczony moment na przejmowanie się (!), będziemy zajmować się akurat czymś innym i z tego powodu nie będziemy mieli sposobności do tego, by ponownie zacząć się zamartwiać, czy rozpamiętywać. Odraczać można wiele razy i wielu osobom ten sposób pomaga.

2. Innym wariantem wymienionej wyżej techniki jest zmniejszenie ilości dozwolonego czasu na przejmowanie się.

3. Zająć się czymś innym w celu odwrócenia swojej uwagi od kłopotu. Sposób ten wspiera obie wcześniej wymienione techniki.

Bardzo ważne jest również to, aby pogodzić się z zaistniałą sytuacją, zaakceptować ją. Z przeszłością nie da się nic zrobić. Choćby człowiek latami rozpamiętywał minione wydarzenia, nie zmieni ich biegu. Przejmowanie się jest więc po prostu niewłaściwym sposobem na próbę poradzenia sobie z porażką. Możemy natomiast próbować to robić, ucząc się z niej i wyciągając wnioski na przyszłość. To z kolei zabezpieczy nas przed zbytnim przejmowaniem się tym, co czeka nas w bliższej, czy dalszej perspektywie. Warto pamiętać również o tym, żeby dbać o dobry poziom poczucia swojej własnej wartości, bowiem osoby, u których kształtuje się ono na właściwym poziomie, z reguły nie mają skłonności do nadmiernego przejmowania się.



A czy Wy często się przejmujecie? Co myślicie o podanych technikach radzenia sobie z tą przypadłością i jakie są Wasze sposoby?

sobota, 26 listopada 2016

Jak działa silna wola i dlaczego nie da się jej wyćwiczyć?


Jeśli niezmiennie macie kłopoty z silną wolą, ten post jest dla Was. Nie znajdziecie tu jednak wskazówek z cyklu „jak trenować silną wolę”, bo nie wierzę, że jest to możliwe. Dowiecie się jednak, jak nią zarządzać, aby nie zabrakło Wam jej w momencie, gdy będziecie jej najbardziej potrzebować. Do niedawna ja również zastanawiałam się niejednokrotnie, co zrobić, aby zwiększyć swoją siłę woli. Okazało się jednak, że - jak większość ludzi - rozwiązania problemu szukałam kompletnie nie tam, gdzie powinnam. Jak ją zatem odnalazłam?
Jeśli w miarę regularnie czytacie mojego bloga, na pewno zauważyliście już, że w dużej mierze swoją wiedzę, którą dzielę się w tej przestrzeni, czerpię z książek poświęconych tematyce odpowiadającej profilowi bloga. Jakiś czas temu w moje ręce wpadła książka Miłosza Brzezińskiego, pt. Wy wszyscy moi Ja. Właśnie z niej dowiedziałam się, czym silna wola jest, jak działa i co z tego wynika. Ten punkt widzenia tak bardzo do mnie trafił, że postanowiłam się nim z Wami podzielić, abyście i Wy zmienili swoje postrzeganie silnej woli, a co za tym idzie, nauczyli się posługiwać tym narzędziem.
Jak podaje Brzeziński w swojej, skądinąd fenomenalnej książce, silną wolę powinniśmy postrzegać, jako zasób, którym dysponujemy. Jest to zasób odnawialny (coś, jak energia odnawialna), a częstotliwością jego odnawialności jest jedna doba. W praktyce, wygląda to w ten sposób, że gdy budzimy się rano, mamy do dyspozycji 100% silnej woli, której ubywa w ciągu dnia. W naturalny sposób mamy jej więc najwięcej rano, a najmniej wieczorem. Na potwierdzenie tej tezy, Brzeziński przytacza przykład osób biegających rano, mimo, że zaleca się bieganie po południu, ponieważ wtedy dysponujemy podobno lepszą wydolnością organizmu. Mimo to, większość ludzi wybiera bieganie rankiem, ponieważ doskonale wiedzą, że łatwiej im wyegzekwować od samych siebie powielenie nawyku biegania rano, niż po południu. 
Wieczorem z kolei, zazwyczaj wzbraniamy się przed podejmowaniem jakichkolwiek decyzji i to zachowanie składamy na karb ogólnego zmęczenia. W rzeczywistości zapasy silnej woli, którymi dysponujemy, a które są niezbędne do podjęcia decyzji, są już tak ograniczone, że nie jesteśmy w stanie wykonać już żadnej operacji z tak ubogim zapleczem.
Zatrzymajmy się jednak na moment przy wspomnianej rutynie. Jak do tego wszystkiego ma się kształtowanie nawyków, lub lepiej drobnych nawyków, którym jakiś czas temu poświęciłam osobny post? Jak pamiętamy, zasadą mininawyków jest to, że czynność, którą mamy wykonać jest tak prosta, że nie musimy zużywać naszej silnej woli, aby ją wykonać. Silna wola jest potrzebna jednak w tym kontekście, że jeżeli postanawimy powielać codziennie określony schemat, musimy wykonać daną czynność każdego dnia bez względu na okoliczności. Podobnie rzecz ma się w przypadku nieco zmodyfikowanego podejścia do drobnych nawyków: ich wykonanie warunkuje jakiś katalizator, który sobie ustalamy, np. wstając z łóżka, ścielę je. Ustalając taką zasadę, będzie dla nas jasne, że za każdym razem, gdy wychodzimy z łóżka, musimy zostawić za sobą porządek. W tej sytuacji zużywamy bardzo niewielki procent silnej woli, który związany jest nie z samym zmotywowaniem się do podjęcia określonego działania, ale z podjętą wcześniej decyzją. Nie ma tu bowiem żadnej alternatywy - tak ustaliłyśmy i koniec - to musi być zrobione. 
Jak jednak posługiwać się narzędziem, jakim jest silna wola nie tylko w ujęciu nawyków, ale również w perspektywie globalnej? Zwrócić uwagę należy przede wszystkim na sytuacje, gdy zużywamy ją niepotrzebnie. Tutaj za przykład Brzeziński podaje sytuację, w której pomimo tego, że postanowiłyśmy nie jeść słodyczy, kupujemy paczkę cukierków, w domu wkładamy owe cukierki do miseczki i stawiamy je półce, żeby a) wyglądały ładnie i b) żebyśmy mieli poczęstunek dla niezapowiedzianych gości. Takie działanie niestety bardzo osłabia naszą silną wolę. Dlaczego? Za każdym razem bowiem, kiedy widzimy wspomnianą miseczkę z łakociami, musimy wzbraniać się przed poczęstowaniem się, co zużywa sporą część zasobu naszej silnej woli. Wniosek z tego jest taki, że powinniśmy unikać sytuacji, w których wykonujemy jakieś niezasadne działanie, które będzie w dalszej perspektywie wpływało na stałe pomniejszanie naszej silnej woli.
Co jeszcze możemy zrobić, aby upewnić się, że już od rana, gdy mamy jeszcze 100% naszej silnej woli, nie zużywamy jej w okolicznościach, w których nie chcemy jej eksploatować? Jak już wspomniałam, Brzeziński tłumaczy, że chwile, w których musimy podjąć decyzję, są tymi momentami, w których narzędziem, jakim się posługujemy, jest m.in. silna wola właśnie. W tej sytuacji warto przeanalizować swój dzień i zastanowić się nad tym, jakie na co dzień podejmujemy decyzje, a które da się wyeliminować? Na przykład, zamiast rankiem zastanawiać się nad tym, co na siebie włożyć, ubiór przygotowujemy sobie wieczorem, poprzedniego dnia; zamiast zastanawiać się nad tym, co zjeść na śniadanie/obiad/kolację, ustalamy „jadłospis” z wyprzedzeniem… i tak dalej.
Teoria silnej woli, jako odnawialnego źródła, przemawia do mnie bardzo. Okazuje się, że nie jest to coś, co powinniśmy ćwiczyć, lecz dbać o to, aby nie tracić tego dobra niepotrzebnie. Myślę, że takie ujęcie omawianego zagadnienia rozwiązuje nie tylko kwestię wiecznego niedoboru silnej woli, ale chroni nas przed niepotrzebnymi dylematami (jak przypadku wspomnianej miseczki z cukierkami), a także wprowadza pewną organizację do naszego życia, a przynajmniej w jego niektórych obszarach, jak na przykład w przypadku wspomnianego jadłospisu.



Co o tym sądzicie? Dajcie znać w komentarzu!

wtorek, 22 listopada 2016

Prosta technika stawiania granic i realizowania planów własnych, zamiast cudzych


Ambicja, która powszechnie kojarzy się raczej pozytywnie, nierzadko zamiast prowadzić nas ku sukcesowi, potrafi narobić wiele szkód w naszym życiu. Problem ten dotyczy szczególnie kobiet, a także młodych ludzi obojga płci, którzy w dobie wszechobecnego coachingu, zewsząd atakującego przymusu rozwoju osobistego, czy wreszcie ciągłej dążności do dobrobytu, nieprzerwanie próbują być we wszystkim najlepsi, zawsze dawać radę, nikogo nie zawodzić i wszystkie sprawy wcisnąć w swój, jakże pękający w szwach, kalendarz. Jak jednak zdjąć z siebie to ciśnienie? Jak pozbyć się ciągłej presji, skupić się na własnych pragnieniach, zamiast wiecznie dogadzać innym? 
Dzisiaj chciałabym zachęcić Was do tego, abyście wykonały bardzo proste, opisane poniżej ćwiczenie. Technika ta ma za zadanie uświadomić Wam, co jest z Waszego punktu widzenia faktycznie ważne, a co jest dla Was ważne tylko pozornie (czyli na co poświęcacie swój czas i jak to się ma do Waszych przekonań). Zadanie polega na prostych wyliczeniach matematycznych, a więc nie bójcie się liczb, które widzicie poniżej. Jeśli umiecie dodawać i mnożyć, znakomicie poradzicie sobie z tym zadaniem! :)
W przykładzie przedstawionym poniżej skupimy się na trzech kręgach zainteresowań dnia codziennego wielu kobiet: rodzina (mąż/partner, dzieci, dom), ja, praca. Oczywiście te obszary zainteresowań możecie, a wręcz powinnyście, dostosować do własnych. Ich ilość również może różnić się od tej podanej w przykładzie. Ja w celu zaprezentowania ćwiczenia wybrałam te trzy.

Na początek uszeregujcie powyższe obszary od 1 do 3, gdzie 1 jest dla Was najważniejszy, a 3 najmniej ważny w odniesieniu do pozostałych obszarów.

W ramach przykładu uszeregowałam te obszary w sposób następujący:
1. Ja
2. Rodzina
3. Praca

Teraz biorąc pod uwagę fakt, że macie do dyspozycji 100% swojego czasu (och! czyż to nie wspaniałe?), dopiszcie do każdego z obszarów, ile w idealnym świecie chciałybyście procentowo poświęcać go na każdą z tych dziedzin.

Przykład:
1. Ja 45%
2. Rodzina 35%
3. Praca 20%

Teraz mały kubeł zimnej wody. Otóż, teoretycznie, myśląc o tym, że żyjemy cały czas, 24 godziny na dobę, rzeczywiście wychodziłoby na to, że mamy do dyspozycji 100% naszego czasu. Ale, ale - no tak, przecież potrzebny jest czas na sen, który nie bardzo jawi się nam, jako czas, który mamy do zagospodarowania. 
W tej sytuacji od naszego całego czasu musimy odjąć ten, który przesypiamy. Przyjrzyjmy się więc temu, na co poświęcamy nasz czas w tygodniowym ujęciu, odejmując od niego czas na sen.

Dla przykładu, załóżmy, że śpię 8 godzin na dobę; godzin w dobie mamy 168:
24x7=168-(8x7)=112

Teraz zastanówmy się, ile czasu poświęcamy w prawdziwym życiu na wymienione wcześniej obszary i jak to się ma do naszego idealnego świata.

Przykład - prawdziwe życie:
1. Ja -> 23,5 h
2. Rodzina -> zakupy, gotowanie, sprzątanie, czas z rodziną, załatwianie spraw rodzinnych: 41 h
3. Praca -> 8 h pracy dziennie + 1,5 h dziennie na dojazd = 47,5 h

Z powyższych wyliczeń na pierwszy rzut oka widać, że to, co zadeklarowałam w przykładzie, jako ważne lub mniej ważne dla mnie w niewielkim stopniu odpowiada temu, na co poświęcam czas w rzeczywistości. 

Przyjrzyjmy się dokładnym wynikom wyliczeń świat idealny vs rzeczywistość:
1. Ja: 45% vs 21%
2. Rodzina: 35% vs 37%
3. Praca: 20% vs 42%

Jak widać w przedstawionym przykładzie, jedynie ilość czasu, którą chcę poświęcać rodzinie pokrywa się z tym, ile czasu faktycznie jej poświęcam. Jestem przekonana, że udaje mi się to głównie dzięki doskonałemu partnerstwu moich bliskich, z którymi dzielimy się zarówno obowiązkami, jak i przyjemnościami. Dzięki temu w tym obszarze panuje ład i harmonia. Gdy patrzymy jednak na dwa pozostałe obszary życia, okazuje się, że proporcje są jakby zamienione między nimi. Wniosek nasuwa się niejako sam. Mianowicie jestem osobą, która zgodnie ze swoimi preferencjami, poświęca za dużo czasu na pracę, a za mało sobie. Najprostszymi rozwiązaniami tej sytuacji byłoby zmniejszenie wymiaru czasu pracy lub zmiana pracy na taką, która będzie bliższa moim zainteresowaniom, a więc automatycznie, nie będę postrzegała całego czasu, który na nią przeznaczam, jako czas związany tylko i wyłącznie z pracą, ale także, jako czas dla mnie samej. Czas, w którym rozwijam swoje zainteresowania, poszerzam horyzonty, poznaję interesujących ludzi, którzy mnie ubogacają.
To oczywiście czysto hipotetyczne rozważania. W tym ćwiczeniu nie chodzi bowiem o to, aby dojść do natychmiastowych wniosków, które od razu zaczniecie wdrażać w życie, w celu poprawienia Waszego ogólnego zadowolenia z niego. Celem tego ćwiczenia jest uzmysłowienie Wam, czego najbardziej potrzebujecie, a czego potrzebujecie mniej i jak to się ma do Waszego życia codziennego. Myślę, że warto się nad tym zastanowić. Dzięki takiej praktyce łatwiej będzie Wam podejmować w przyszłości decyzje, które do tej pory mogły wydawać Wam się kłopotliwe. Dzięki poddaniu takiej podstawowej analizie Waszego życia codziennego, powinnyście szybciej znajdować odpowiedzi na pytania, które mogą się pojawiać w Waszym życiu codziennym: Czy chcę robić nadgodziny? (Nie, praca jest na ostatnim miejscu wśród moich obszarów zainteresowań, a i tak już w tym momencie poświęcam na nią dwa razy tyle czasu, ile uważam, że byłoby to zasadne); Czy chcę cały dzień szorować fugi w łazience, żeby spełnić standardy czystości teściowej? (Nie, czas poświęcony dla domu i rodziny mam w pełni zagospodarowany - wolę ten czas poświęcić sobie.). I tak dalej.



Co sądzicie o tej technice? Myślicie, że analiza własnych obszarów zainteresowań w odniesieniu do tego, na co faktycznie przeznaczamy swój czas może być pomocna w podejmowaniu wspomnianych decyzji? Dajcie znać w komentarzu!

sobota, 19 listopada 2016

Po co nam emocje?


Radość, strach, tęsknota, smutek, zadowolenie… każdego dnia do wyboru mamy cały wachlarz emocji, za pomocą których wyrażamy swoje samopoczucie. Zdarza się jednak często, że emocje biorą górę i zaczynają mieć ogromny wpływ na podejmowane przez nas decyzje, relacje z innymi, czy ogólny wpływ na kondycję naszego zdrowia psychicznego, a także fizycznego. Dziś zastanowimy się zatem nad tym, jakie znaczenie w życiu człowieka odgrywają emocje i jak nad nimi panować, upewniając się, że to nie one obejmują władzę nad nami.
Na początek przyjrzyjmy się emocjom i zobaczmy, po co też nam te uczucia. Najprościej rzecz ujmując, emocje służą nam do tego, byśmy wiedzieli (lub lepiej - by wiedział nasz mózg), czy dana sytuacja/czynność jest dla nas dobroczynna, czy może nam szkodzi. Pozytywne emocje powodują, że pragniemy brać udział w jakimś zdarzeniu, podczas gdy te negatywne sprawiają, że wycofujemy się z niego.
Wbrew pozorom emocje mają ogromny wpływ nie tylko na to, jak się czujemy w danej chwili, a więc jakie decyzje podejmujemy w odniesieniu do danego momentu. Rzeczywiście, z założenia obszarem zainteresowania emocji jest jedynie tu i teraz. One chcą "załatwić" raptem bieżącą sytuację. Niestety, emocje - mimo, że nie biorą pod uwagę długofalowego skutku podjętych decyzji - na podejmowanie tychże mają wpływ ogromny. Dlatego właśnie w obliczu ważnej decyzji mówimy często „muszę się z tym przespać”. I faktycznie warto w ważnych chwilach życia wystrzegać się podejmowania decyzji pod wpływem impulsu. Chodzi o to, by przeczekać moment, w którym jesteśmy pod silnym wpływem emocji, uspokoić się i dzięki temu móc trzeźwo spojrzeć na sytuację, biorąc pod uwagę również przyszłe skutki decyzji, którą podejmujemy teraz.
W dzisiejszym świecie skupiamy się jednak na tym, by głównie doświadczać emocji pozytywnych, a tym samym staramy się jak najbardziej eliminować te negatywne. Czy jednak mamy rację? Negatywne emocje mają przecież za zadanie przerwanie szkodzącej nam czynności. Pomagają nam więc w podjęciu próby odmiany sytuacji - jak na przykład gniew, który jest de facto sygnałem obronnym, mówiącym nam o tym, że musimy jak najszybciej daną sytuację zmienić. Gdy jednak ignorujemy ten fakt, gniew przemienia się we frustrację lub żal, które to z kolei wpływają szerzej na nasze postrzeganie, sprawiają bowiem, że zaczynamy mieć zbyt krytyczny stosunek do rzeczywistości i samych siebie, a także niskie poczucie własnej wartości. Wystrzeganie się negatywnych emocji może przynieść nam więc znacznie więcej szkód, niż - jakby się mogło wydawać - pożytku.
Warto jednak pamiętać o tym, że zarówno emocje pozytywne, jak i negatywne są dla nas dobroczynne jedynie w sytuacji, gdy odczuwamy je w umiarkowanym stopniu. Okazuje się bowiem, że nie tylko nadmierny lęk jest dla nas szkodliwy (w przeciwieństwie do lęku umiarkowanego, który mobilizuje nas m.in. do racjonalizacji doświadczeń), ale również nadmierna radość nie ma na nas dobroczynnego wpływu - może bowiem sprawić, że utracimy kontakt z rzeczywistością.
Emocje są bardzo ważnymi katalizatorami naszego krótkotrwałego postępowania. To one mówią nam, co jest dla nas dobre, a co złe; pomagają zaspokoić nasze potrzeby. Warto pracować nad emocjami w takim ujęciu, by wszystkie - zarówno te pozytywne, jak i negatywne - towarzyszyły nam w wyważonym stopniu. W przeciwnym razie bardzo łatwo będzie nam popaść w złą kondycję psychiczną, a w dalszym rozrachunku także fizyczną. Pamiętajmy jednak, by emocje - zgodnie ze swoim przeznaczeniem - wpływały głównie na nasze tu i teraz, pozostawiając podejmowanie ważnych decyzji nam samym.



A czy Wy dbacie o swoją równowagę emocjonalną? A może zdarza się często, że ponoszą Was emocje?

wtorek, 15 listopada 2016

Jak naprawić zniekształcony w dzieciństwie obraz siebie?



Z chwilą, gdy zaczynamy osądzać innych i rozkazywać im, zamiast przyjąć ich takimi, jakimi są - razem z ich pięknem, często ukrytym i ich często widocznymi słabościami - niszczymy życie, zamiast je podtrzymywać. 

Jean Vanier


Wiele trudności, z jakimi borykasz się w dorosłym życiu ma swoje podłoże w dzieciństwie. To właśnie wtedy kształtował się Twój obraz siebie, ponieważ bardzo ważna była wówczas opinia tych, od których uczyłaś się świata i którzy byli Twoimi autorytetami, bądź chcieli za nie uchodzić. 
Obraz ten budowałaś na podstawie informacji, jaką uzyskiwałaś na swój temat (zasada tzw. lustra społecznego). Zatem inne osoby mogły w równym stopniu poprawiać Twój obraz siebie lub go niszczyć. Było to związane zarówno z (nie)dostarczaniem Ci pozytywnych wzmocnień, jak również wiary w Twoje możliwości lub jej brak.
Z biegiem czasu, w dorosłym życiu inne osoby nie mają już tak dużego wpływu na to, co o sobie myślisz, ponieważ w dużej mierze masz już ustalony obraz siebie. Co jednak zrobić, aby naprawić postrzeganie siebie, które być może zostało złamane przez inne osoby, z którymi miałaś do czynienia w przeszłości? 
Gdy byłaś dzieckiem i rozwijałaś się w sprzyjającym dla siebie otoczeniu (rodzina), środowisko to prawdopodobnie stale dostarczało Ci pozytywnych wzmocnień, które są niezbędne dla zdrowego rozwoju młodego człowieka (jesteś zdolna, potrafisz to; zobacz, jak łatwo Ci to przychodzi). Gdy sytuacja jednak się zmieniła i pojawiły się inne autorytety (np. w szkole), mogły okazać się one nie tak łaskawe, jak te, które były znane Ci dotychczas. W tej sytuacji wspomniane wzmocnienia pozytywne mogły nie pojawiać się już tak często lub wręcz - wcale; w zamian za to być może dostarczano Ci negatywnych komentarzy (potrzebujesz więcej czasu, żeby to zrozumieć; to jest dla ciebie trudne). Tego typu sytuacje z czasem mogły wpłynąć na Twoją utratę wiary w siebie, wiarę we własne możliwości. Bo skoro osoba uchodząca za autorytet mówi młodemu człowiekowi, że coś jest dla niego za trudne (a przecież się na tym zna i musi mieć rację), to znaczy, że tak jest; młody człowiek właśnie dowiedział się o sobie tego od kogoś, kto przecież wie.
Warto więc zastanowić się, jakie konkretne sytuacje i jacy ludzie, Twoim zdaniem, mogli wpłynąć na załamanie Twojego dobrego obrazu siebie - siebie, jako człowieka zdolnego, mądrego i otwartego na świat. Czy osoby te miały rację? Czy w tych sytuacjach zachowywały się właściwie, pedagogicznie? Niestety nie wszystkie autorytety, z którymi człowiek spotyka się w swoim życiu, mają rację. Są ludzie, których niezdrowa ambicja powoduje niczym niepopartą chęć wyżywania się na słabszych i takie osoby młody człowiek często spotyka niestety tam, gdzie spodziewałby się znaleźć autorytety - w szkole, w internacie, w pierwszej pracy. Często tego typu środowiska są gruntem, na którym wyrastają kompleksy, niepewność, czy poczucie bycia nierozumianym. To właśnie dlatego na początku tego wpisu umieściłam cytat mówiący o niszczeniu życia. Wierzę bowiem, że owo niszczenie życia, zamiast jego podtrzymywanie, objawia się wmawianiem młodym ludziom, że jak nie mają w szkole samych piątek, to znaczy, że są leniwi lub niewystarczająco zdolni, że nie powinni się odzywać, gdy rozmawiają dorośli, że w życiu trzeba mieć konkretny zawód, który przyniesie konkretne pieniądze i że wszelkie dyplomy i certyfikaty świadczą o czyjejś inteligencji i posiadanej wiedzy. Każdy człowiek jest inny i nikt nie powinien zmuszać go do tego, żeby wyzbywając się swoich preferencji, przekonań i po prostu tego, jaki jest - stawał się taki, jak chce tego reszta, ślepo podążał za wyznaczonymi standardami i żył życiem zaprojektowanym przez kogoś innego. 
Ważnym krokiem pracy nad zmianą postrzegania siebie jest akceptacja bolesnych przeżyć, a więc odnalezienie w nich jakiejś wartości dla siebie - np. dzięki przeżyciu jakiejś trudnej sytuacji, wiesz jak sobie z nią radzić i na tej podstawie decydujesz się służyć pomocą innym, którzy tej wiedzy nie mają, a znajdują się w podobnym położeniu; dzięki danej sytuacji czujesz się silna, przez co wiele innych zdarzeń nie sprawia Ci większych trudności, nie podchodzisz do nich w tak emocjonalny sposób.
Otaczaj się ludźmi, którzy wierzą we wszelkie Twoje możliwości - liczą na Twój sukces, a nie porażkę. Zawsze Ci kibicują. Zauważ, że jeśli inni cenią Cię wysoko, nabierasz pewności, że mają rację, co sprawia, że podejmujesz się coraz trudniejszych wyzwań, ponieważ tak jak inni - dobrze o sobie myślisz, a więc spodziewasz się, że poradzisz sobie nawet w trudniejszych sytuacjach (przypomnij sobie, jak łatwo przychodziły Ci różne rzeczy, gdy byłaś dzieckiem - z jakim uporem dążyłaś do swego, nawet jeśli na początku nie przynosiło to żadnych rezultatów).
Jeśli do tej pory w jakikolwiek sposób myślałaś o sobie źle lub podejrzewałaś, że inni mogą tak o Tobie myśleć, teraz wiesz już, że powodem takiego stanu rzeczy mogą być Twoje negatywne doświadczenia z dzieciństwa/wczesnej młodości; to, w jaki sposób odnosili się do Ciebie inni, czy wierzyli w Ciebie, a może wręcz przeciwnie - zawsze wątpili w Twoje możliwości? Jeśli czujesz się mniej zdolna od reszty, gorsza ze względu na wiek, płeć czy jakiekolwiek inne uwarunkowanie, prawdopodobnie ktoś kiedyś skutecznie wmówił Ci, że tak jest. Przypomnij sobie kto to był oraz to, kim Ty byłaś, zanim spotkałaś tę osobę. Od tego możesz zacząć pracę nad wyprostowaniem Twojego własnego obrazu siebie. Pomogą Ci w tym dobrzy ludzie, których znajdziesz wielu, jeśli tylko rozejrzysz się dookoła.



Do dzieła! Trzymam za Ciebie kciuki i życzę Ci dobra w każdym kolejnym dniu Twojego życia! 






Tekst został napisany w oparciu o książkę "Wywieranie pozytywnego wpływu na ludzi" (autor: Tomasz Niemirowski)


piątek, 11 listopada 2016

Relacja z warsztatów oddechowych organizowanych przez Terapia Oddechem we Wrocławiu


W czasach studiów w planie zajęć mieliśmy warsztaty z emisji głosu. Odbywały się one zawsze rano przed innymi zajęciami i zaczynały się 45-minutowymi ćwiczeniami oddechowymi. Bardzo mnie to relaksowało i dawało zastrzyk energii na cały dzień. Dlatego, gdy niedawno dostałam od koleżanki zaproszenie na warsztaty oddechowe, od razu postanowiłam się na nie wybrać.
Zajęcia odbywają się w samym sercu Wrocławia. Już sama lokalizacja bardzo mnie zaintrygowała, ponieważ studio znajduje się tuż obok Parku Staromiejskiego, przy ulicy Wierzbowej, w budynku, gdzie m.in. urzęduje przedsiębiorstwo geologiczne, w którym marzyłam, że będę pracować (!), gdy jeszcze chodziłam do liceum i codziennie rano oraz po południu, jadąc tramwajem do/ze szkoły, z głową pełną nastoletnich marzeń, spoglądałam ochoczo na siedzibę mojego „przyszłego pracodawcy”.
Studio, w którym odbywa się wspomniana sesja oddechowa, mieści się w zakamarkach parteru, w pokoju numer dwadzieścia jeden. Trzeba uważać, żeby się nie zgubić, zwłaszcza, że już od holu wielkie schody, zapraszają do zajrzenia na wyższe piętro, które okala cały hol; parter z kolei jest ukryty za tymi właśnie schodami.
Samo studio jest niewielkie i to właśnie chyba dzięki temu tak łatwo stworzyć w nim przytulną salę warsztatową i zaprowadzić odpowiedni nastrój. Mnie wprawdzie nieco drażni czasem unoszący się w powietrzu zapach kadzidełka, ponieważ za kadzidełkami nie przepadam, zdaję sobie jednak sprawę i szanuję fakt, że są osoby, które ten zapach lubią i faktycznie pomaga im się to odprężyć. Więc nie narzekam. Jako, że na zajęcia przynosimy ze sobą karimatę oraz koc, do zestawu dostajemy poduszkę, której kolor możemy wybrać sobie wedle uznania. Oddychamy w pozycji leżącej.
Zajęcia, na których są nowe osoby, zaczynają się od krótkiego wprowadzenia do tematu odżywczego oddechu. Joanna, instruktorka, tłumaczy po co się to robi, w jaki sposób oddychać i co taka praktyka powinna zdziałać. Następnie przechodzimy do praktycznej części warsztatów. Przy dźwiękach relaksującej muzyki przez pełną godzinę oddychamy w sposób zademonstrowany przez instruktorkę. W tym czasie Joanna głośno oddycha z całą grupą, wspierając poprzez to wszystkich uczestników zajęć. Co jakiś czas spokojnym, kojącym głosem komentuje, w jaki sposób należy oddychać i jak można sobie ten proces ułatwić. W czasie sesji Joanna zbliża się do poszczególnych uczestników, po to, żeby pomóc im się rozluźnić (jeśli istnieje taka potrzeba) lub żeby indywidualnie wesprzeć poszczególne osoby w procesie świadomego oddychania, co wbrew pozorom nie dla wszystkich jest takie łatwe.
Po skończonej sesji cała grupa wraz z Joanną wykonuje bardzo delikatne ćwiczenia rozluźniające cale ciało. Potem jest chwila na refleksje – każdy może (ale nie musi) powiedzieć o tym, jak się czuje, jak przebiegły ćwiczenia, co było dla niego zaskoczeniem, co być może sprawiło mu trudność, a co radość.
Nie bez powodu oddech, który jest przedmiotem opisywanych warsztatów, nazywa się odżywczym. Z jednej strony bardzo dotlenia cały organizm, jednocześnie nadając mu energii, z drugiej natomiast przewietrza umysł, który staje się jasny; na wszystko spoglądamy z innej, lepszej perspektywy, przestajemy się gniewać, przejmować różnymi sprawami, jesteśmy bardziej otwarci na dialog i pełni miłości.
Taka grupowa sesja oddechowa jest zdecydowanie skuteczna! Nie dość, że relaksujemy zarówno ciało, jak i umysł, to dodatkowo możemy w tym czasie przemysleć wiele spraw (mamy na to całą godzinę!), zdystansować się do nich, poradzić sobie z nimi. Polecam Wam gorąco grupową sesję oddechową Joanny – warto! Kto raz weźmie w niej udział, z pewnością będzie chciał wracać i znów wracać.



Notatka: informuję, że nie jest to post sponsorowany.

poniedziałek, 7 listopada 2016

Dlaczego szczęścia należy szukać w zdrowiu, a zdrowia w szczęściu?



Zdrowie człowieka to jeden z tych tematów, które towarzyszą nam każdego dnia. Codziennie słyszymy o dolegliwościach ludzi żyjących w naszym otoczeniu lub odczuwamy je na własnym ciele; a to dowiadujemy się o strasznych chorobach bliskich nam osób, słyszymy doniesienia o postępach w badaniach nad lekiem na raka… W aptece stoimy w kolejce, bo przecież nie tylko my jesteśmy chorzy. Mamy też 24-godzinny dostęp do apteki w telewizorze, który nieprzerwanie przekonuje nas o konieczności stosowania coraz to nowych leków.
Czy mimo to, wystarczająco dbamy o swoje zdrowie? Czy robimy wszystko, by żyć w zdrowiu, a tym samym móc cieszyć się życiem? Co oferuje nam współczesna medycyna zachodnia i czy zamiast zwalczać skutki naszych chorób, odpowiada na pytanie dlaczego jesteśmy chorzy? Niestety nie. I właśnie takie podejście oddala nas od zdrowia, które jak się przekonacie w dalszej części wpisu, jest jedynym gwarantem naszego szczęśliwego i spełnionego życia. 
Na początek zdać należy sobie jednak sprawę z tego, skąd bierze się choroba. Jak podaje w swoim mądrym i wciągającym wykładzie nt. medycyny integracyjnej, dr Preeti Agraval, doktor nauk medycznych praktykująca od ponad 25 lat w Polce, choroba jest wynikiem nie tyle czynników zewnętrznych mających wpływ na nasz organizm, co tego, co jest w nas, a więc: jakie emocje towarzyszą nam na co dzień oraz czy i w jaki sposób potrafimy sobie z nimi radzić; jakie łączą nas relacje z innymi, czy jesteśmy zadowoleni ze swojej pracy, czy żyjemy w zgodzie z naturą i wreszcie jaki prowadzimy tryb życia oraz w jaki sposób się odżywiamy. Okazuje się więc, że to nie zrządzenie losu, nie środowisko, ale MY lub inaczej rzecz ujmując, stan naszego umysłu jest odpowiedzialny za to, czy jesteśmy chorzy czy zdrowi.
Jakie jednak ma to znaczenie dla szczęśliwego życia i dlaczego to zdrowie ma być jego gwarantem? Musimy zdać sobie sprawę z tego, że dopiero gdy w pełni świadomie, z szacunkiem i miłością będziemy podchodzić do swojego ciała i do siebie samego, będziemy czerpać z życia prawdziwą radość, a tym samym będziemy zdrowi. Zdrowie zapewni nam radość życia, a radość życia zapewni nam zdrowie. To takie proste. Ale tak właśnie jest w życiu. Najgłębsze prawdy są proste, czasem zbyt proste i dlatego tak trudno jest nam je przyjąć.
Ludzki organizm, jak mówi dr Preeti Agraval, posiada wszystkie narzędzia do samoleczenia. Możemy wyjść z każdej choroby. Jednak nie polegając na chemicznych lekach, które jedynie usuwają skutek choroby, pozostawiając jej przyczynę nietkniętą. Jeśli chcemy umożliwić naszemu organizmowi rozpoczęcie procesu samoleczenia, musimy zacząć żyć świadomie. Z kolei to świadome podejście do życia uczyni je dokładnie takim, jakie zawsze chcieliśmy, żeby było. Nie będzie już wtedy żadnych warunków naszego szczęścia lub powodów jego braku. Z naszych głów znikną wymówki z rodzaju „będę szczęśliwa, gdy wyjdę za mąż”, „byłabym szczęśliwa, gdybym mieszkała we własnym domu, który byłby moją bezpieczną przystanią” i tak dalej. W życiu bowiem musimy się skupiać na tym, co jest teraz, nie zaś na tym, co było i co będzie. Tylko teraz umożliwi nam poczucie szczęścia.
W jaki sposób pomóc naszemu organizmowi w samoleczeniu? Każdy z nas wie, że fundamentalne znaczenie ma dieta, że powinniśmy spożywać produkty jak najmniej przetworzone, z pewnych źródeł i właściwe dla szerokości geograficznej, w której żyjemy, a także zależne od pory roku, jaka obecnie w niej panuje. Tryb życia, jaki prowadzimy jest również niezmiernie ważny. To jednak nie wszystko. Tak samo ważne są nasze emocje, uczucia. Nie ma bowiem szans na samoleczenie się organizmu, gdy ciągle się smucimy, gdy jesteśmy sfrustrowani i niezadowoleni. We wspomnianym wykładnie, dr Agraval odnosi się do takich uczuć: To tak, jakby wiecznie padał deszcz, zawsze były czarne chmury. Dlatego musimy odciąć się od wszelkich toksycznych środowisk, które zatruwają nasz umysł. Właśnie to sprawi, że będziemy szczęśliwi, a szczęście zaprowadzi nas do zdrowia. 
Wielu ludzi, którzy wyszli z bardzo ciężkich chorób jest wdzięczna swoim chorobom, bo to właśnie one spowodowały, że zaczęli żyć świadomie. A to zapewniło im prawdziwy Sukces, przenikający każdą sferę ich życia oraz odnalezienie życiowej równowagi i spełnienia. Czy nie tego właśnie wszyscy pragniemy?

czwartek, 3 listopada 2016

Recenzja mistrzowskiego poradnika dla przedsiębiorczych kobiet: Fairy-Tales Success. A Guide to Entrepreneurial Magic.


Poradnik Fairy-Tales Success…, napisany przez Adrienne Arieff i Beverly West to obowiązkowa pozycja dla każdej kobiety planującej rozpocząć własną działalność gospodarczą. Znajdziemy tu nie tylko dziesiątki praktycznych porad z rodzaju „jak zrobić…?”, ale również konkretne przykłady i analizę działań oraz całych kampanii przeprowadzonych przez znane marki (tzw. case studies), a także informacje na temat tego, gdzie i w jakim zakresie można szukać pomocy nie tylko na etapie zakładania własnej firmy, ale też gdy jesteśmy właścicielami już istniejących przedsiębiorstw.
Książkę zdecydowanie wyróżnia jej forma - pretekstem do dogłębnej analizy budowania własnego biznesu jest nic innego jak baśń (ang. fairy-tale) i jest nią wszystkim dobrze znany „Kopciuszek”. Autorki nadają jej jednak nowego znaczenia, pokazując w jaki sposób Kopciuszek zbudował swoją markę. Ponadto przekładają te sytuacje na język prawdziwego życia. Na pierwszy rzut oka porównanie budowania renomy własnej firmy do baśniowego Kopciuszka może wydać się naiwne i banalne, jednak z czasem przekonujemy się do tego, jakże dobrego pomysłu!
Autorki rozkładają baśń na czynniki pierwsze i dzięki temu krok po kroku omawiają nie tylko kolejne fazy budowania własnego biznesu, ale od samego początku kładą duży nacisk na dbanie o jego renomę już od pierwszych dni jego istnienia. I tak, z książki dowiemy się kolejno: jak napisać biznes plan, jak ustalić strategię marketingową, w jaki sposób zaplanować i zarządzać budżetem, jak nawiązywać kontakty z mediami oraz partnerami biznesowymi, jak wykorzystywać media społecznościowe do reklamy i w jaki sposób nimi zarządzać, jak zorganizować wydarzenie promujące naszą działalność, jak przygotować plan działania w sytuacji kryzysowej (ang. disaster recovery plan) oraz jak radzić sobie w obliczu niepożądanych zdarzeń (ang. issues), a także jak negocjować. 
Poradnik Fairy-Tales Success… wzbogacony jest również o portrety kilkunastu kobiet sukcesu, które opowiadają o sobie oraz dzielą się najważniejszymi poradami odnośnie do budowania sukcesu, jakie same kiedykolwiek otrzymały. 
Publikacja Fairy-Tales Success… to bardzo cenny poradnik, który polecam wszystkim kobietom myślącym o własnym biznesie. To niezwykle lekki poradnik, który z jednej strony przenosi nas w niezwykły, baśniowy świat, z drugiej natomiast udziela nam praktycznych porad, a także istotnych informacji na temat tego, na co należy zwrócić szczególną uwagę podczas każdej fazy budowania i prowadzenia własnej marki.


E-book dostępny jest w Google Books.

Zarejestrowani użytkownicy mogą przeczytać poradnik bezpłatnie w serwisie www.safaribooksonline.com.